Szedłem cały zmoknięty od deszczu po kałużach. Minę miałem raczej
przygnębioną, bo taki się czułem. Z rany na moim oku kapała krew. Od
wielu dni nie jadłem nic, a kiedy wreszcie znalazłem jakiś kawałek
kiełbasy od ludzi, jakieś wielkie kotopodobne stworzenie zabrało mi
jedzenie i zadało cios w oko. Na całe szczęście będe jeszcze na nie
widział. Zacząłem węszyć, szukając kolejnego kawałka mięsa. Nie czułem
nic, prócz wielkiego, psującego nos smrodu. Skrzywiłem się w myślach i
podreptałem w pewną małą uliczkę. Tam napotkałem jakiegoś człowieka.
Zaczął mówić coś do mnie z przejęciem, wziął mnie na ręce i zabrał do
swojego, tak przez nich zwanego, domu. Byłem zbyt zmęczony na wyrywanie
się. Tam zostałem opatrzony i nakarmiony. Po kilku dniach człowiek nie
wypuścił i pozwolił odejść. Byłem już z powrotem zdrowy i pełen energii.
Był ranek. Znów skręciłem w małą, zupełnie opuszczoną uliczkę. Tam na
drodze stanęła mi jakaś kotka.
- Kim jesteś i co robisz na moim terytorium? – syknęła, jeżąc futro.
- Jestem Hōku Mūn, nie wiedziałem, że tutaj jesteś.
Nagle jakby coś ją rozbawiło. Ledwo powstrzymała się od śmiechu, ale lekko się uśmiechnęła. Co mogło ją tak śmieszyć?...
- Co ty masz na oku? – zapytała.
Wtedy przypomniałem sobie o opatrunku i go zdjąłem. Przejrzałem się w
kałuży. Została blizna. Nieprzejęty popatrzyłem na kotkę. Już nie była
rozbawiona. Zauważyłem, że jej sierść nie jest już najeżona.
Najwyraźniej zauważyła, że nie chcę walki.
- Czy... Mogę do ciebie dołączyć? – uśmiechnąłem się.
Zgodziła się. Zostałem jej zastępcą i byłem z tego dumny.
Shirubā Tamashī? :D